Ks. Joachim Waloszek
 

Jak budować komunię w klasztorze? Jak budować wzajemne relacje w codzienności klasztornej?

 
Myśli:
1. Najpierw mała wizytówka: Moje osobiste doświadczenie komunii kościelnej (domu i szkoły komunii) łączy się z wielopokoleniowym domem rodzinnym – kościołem domowym, kształtowanym przez głęboko wierzących dziadków i rodziców, dalej ze wspólnotą parafialną, liturgiczną (byłem ministrantem i organistą w parafii), ze wspólnotą prezbiterium diecezjalnego (od 1978 r.), z zaangażowaniem w ruch i bractwo kościelnego ruchu Komunia i Wyzwolenie; a najbliższy klasztornemu wątek tego doświadczenia związany jest chyba z życiem i ponad ćwierćwieczną posługą wychowawcy we wspólnocie seminaryjnej (choć obok analogii do życia klasztornego można by pewnie wskazać również szereg różnic). 
Moje życie od dzieciństwa wpisane jest więc w nurt życia kościelnej wspólnoty (ukonkretnionej twarzami rodziców, dziadków i wielu ludzi, przyjaciół, towarzyszy na drogach wiary) i mam świadomość, że jest to wielkie dobrodziejstwo i wielka łaska. Również w wymiarze czysto antropologicznym. Pomyśleć tylko ile poetyckiej wrażliwości na Tajemnicę obudziło się w duszy, ile hartu wyćwiczyła wola przez uczestnictwo w porannych „roratach”, z lampką rozpraszającą mroki nocy w drodze do zimnego kościoła. 
Stąd pierwsza myśl: szansę na budowanie komunii kościelnej również w prozie życia, w trudnych kontaktach ludzkich, ma tylko ktoś, kto umie zobaczyć i docenić ile sam jej zawdzięcza. Owszem najpierw i przede wszystkim w wymiarze tajemnicy obcowania z Bogiem, ale również w wymiarze pewnego bogactwa rozumu, serca, wrażliwości i w wymiarze relacji międzyludzkich. Kościół może budować, tylko ktoś, kto czuje się przezeń budowany. W konkretnych okolicznościach życia (również wspólnotowego, klasztornego) możemy z różnych powodów nie odczuwać wprost psychologicznych, emocjonalnych dobrodziejstw i korzyści z powinności bycia razem (czasem wręcz przeciwnie), ale wtedy tym bardziej (i jakby na przekór trudnościom) powinniśmy przypominać rozumowi i ważyć w sercu dobrodziejstwo bycia w Kościele i bycia Kościołem, pamiętać, co Kościołowi zawdzięczamy. Również jeśli źródła tego dobrodziejstwa wydają się wytryskać gdzie indziej w Kościele – nie na terenie własnej wspólnoty. Kościół jest zawsze większy, „bogatszy” od konkretnej wspólnoty, choć konkretyzuje się w niej. Odniesienie do całego bogactwa Kościoła, do prawdziwego autorytetu, charyzmatu w Kościele pozwala ubogacać własną wspólnotę i przeżywać ją również jako miejsce misji. Doświadczenie spotkania z charyzmatem ks. Giussaniego (mam nadzieję) było ożywcze dla przeżywania mojego miejsca we wspólnocie seminaryjnej. Tak jak ożywcze dla wspólnoty benedyktyńskiej w Biskupowie jest niewątpliwie odniesienie do charyzmatu ruchu Focolari.
 
2. Myśl druga: postawa duchowa wyprzedza zewnętrzne narzędzia komunii. Bardzo wyraźnie pisał o tym bł. Jan Paweł II:„Duchowość komunii to przede wszystkim spojrzenie utkwione w tajemnicy Trójcy Świętej, która zamieszkuje w nas i której blask należy dostrzegać także w obliczach braci żyjących wokół nas. Duchowość komunii to także zdolność odczuwania więzi z bratem w wierze dzięki głębokiej jedności mistycznego Ciała, a zatem postrzegania go jako „kogoś bliskiego”, co pozwala dzielić jego radości i cierpienia, odgadywać jego pragnienia i zaspokajać jego potrzeby, ofiarować mu prawdziwą i głęboką przyjaźń. Duchowość komunii to także zdolność dostrzegania w drugim człowieku przede wszystkim tego, co jest w nim pozytywne, a co należy przyjąć i cenić jako dar Boży: dar nie tylko dla brata, który bezpośrednio go otrzymał, ale także „dar dla mnie”. Duchowość komunii to wreszcie umiejętność „czynienia miejsca” bratu, wzajemnego „noszenia brzemion” (por. Ga 6,2) i odrzucania pokus egoizmu, które nieustannie nam zagrażają, rodząc rywalizację, bezwzględne dążenie do kariery, nieufność, zazdrość. Nie łudźmy się: bez takiej postawy duchowej na niewiele zdałyby się zewnętrzne narzędzia komunii. Stałyby się bezdusznymi mechanizmami, raczej pozorami komunii niż sposobami jej wyrażania i rozwijania” (JP II, Novo milenio ineunte).
Stąd moja przestroga! Na ogół zbyt łatwo, zbyt pośpiesznie dajemy pierwszeństwo, wiarę, najróżniejszym zewnętrznym narzędziom promocji, kształtowania, rozwijania, praktykowania komunii, uznając za oczywiste („odfajkowane”, „załatwione”), jej głębokie, teologiczne uzasadnienie, rozumienie, adorację jej świętej tajemnicy. Ze świętej tajemnicy Serca Bożego, w którym nie ma miejsca na żaden podział na Greków i Żydów, tych z pierwszego i drugiego chóru ..., z tego słusznego przekonania o naszym istotnym „braterstwie w Chrystusie”, wyprowadza się jakby na skróty (w gruncie rzeczy odstawiając zdumienie, zapatrzenie tą boską tajemnicę i darem naszego braterstwa na bok) reguły i kryteria (czysto psychologiczne i socjologiczne, organizacyjne, dyscyplinarne) które urządzić, zabezpieczyć mają tę przestrzeń wspólnotowych relacji rzekomo po myśli Bożej. Zdumienie, zachwyt  tajemnicą Komunii, zapatrzenie w jej dramaturgię i piękno, adoracja, jakby zbyt szybko – zanim jeszcze wyorała ona w duszy głęboką bruzdę prawdy, za którą gotowiśmy cierpieć – zostaje zastąpiony prawem i regulaminem życia razem, powinnościami, dyscypliną, zakazami. Ponieważ musimy być dla siebie braćmi i siostrami, więc: powinniśmy, trzeba, należy, wypada.... (bo ja wiem...) chętnie się spotykać, przebywać ze sobą, razem się modlić, jeść, oglądać telewizję, pomagać sobie nawzajem, rozmawiać ze sobą, nie stronić od siebie, interesować się sobą, zważać na potrzeby innych, unikać partykularyzmów, odrzucić sympatie i antypatie, być otwartym na wszystkich, dzielić się wszystkim, kierować się empatią, być lojalnym wobec wspólnoty, dbać o jej dobre imię, lubić te same potrawy i kwiatki, i tych samych aktorów... ... Ufff! Ta litania powinności, które mają na celu ”uwspólnotowienie” naszych relacji, „skomunizowanie” naszego życia, sięga owszem coraz chętniej całymi garściami po różne poradniki teorii komunikacji, psychologii grupy, systemy zarządzania ludzkimi podmiotami, savoivivru, żeby wszystko urządzić bardziej rzetelnie, w zgodzie z potrzebami nowocześnie pojętej empatii, asertywności, tolerancji, komunikacji, żeby łatwiej, śliczniej nam było być razem, a nie osobno......  
Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko wszystkim tym wymienionym przed chwilą (nieco ironicznym tonem) regułom, cnotom i praktykom wspólnotowego życia, w wyliczaniu i doradzaniu których prześcigają się podręczniki psychologii komunikacji i różne dyrektywy zakonnego życia. Wydaje mi się tylko, że nierzadko brakuje jednak zdrowego, silnego korzenia,  z którego mogłoby rozwinąć i rozkwitnąć całe to drzewo cnót wspólnotowych. Brakuje często mocnego korzenia, z którego wola czerpać mogłaby soki, siłę do różnych moralnych powinności względem wspólnoty...  Bo to nie takie proste – nie tak łatwo jest pozbyć się uczucia sympatii i antypatii, nie tak łatwo pozbyć się odruchu obrzydzenia na widok śliniącej się staruszki, znudzenia niekończącymi się rozmowami, na tematy, które mnie nie interesują.... Jeszcze gorzej, jeszcze trudniej, kiedy pojawia się poczucie niezrozumienia, krzywdy, kiedy wymogiem podporządkowania się wspólnocie, posłuszeństwa wobec ideału wspólnotowego życia, reguły wspólnotowej, usprawiedliwia się jakąś niesprawiedliwość, nieuczciwość. Kiedy jednym wolno więcej innym nie wolno. Kiedy wyczuwa się jakieś szafowanie na wyrost tym ideałem wspólnoty, jakąś manipulację w odwoływaniu się do lojalności wobec wspólnoty. Kiedy powinności wobec wspólnoty np. gaszą inicjatywę twórczą jednostki (bo się wychyla, wyróżnia), albo rozrastają się do jakiejś sztucznego savoir vivru, do obowiązków towarzyskich (urodziny, imieniny, rocznice, jubileusze.....), prowadzą di autocelebracji wspólnoty, która niekoniecznie ma coś wspólnego z ideałem komunii kościelnej i prawdziwą praktyką miłości bliźniego. Wcale nierzadko obserwuje się wtedy coś w rodzaju alergii (może i uzasadnionej) na pobożne argumenty nakazujące więcej wspólnoty, więcej komunii, więcej rodzinności.... „A mnie się nie chce. Mam serdecznie dość! Wolę sama poczytać dobrą lekturę, niż czuć się przymuszoną do plotek we wspólnocie o wadach bliźniego”.
„Nie łudźmy się – jeszcze raz przypominam słowa papieża z Novo milenio adeunte –  bez duchowej postawy komunii na niewiele zdałyby się zewnętrzne narzędzia komunii. Stałyby się bezdusznymi mechanizmami, raczej pozorami komunii niż sposobami jej wyrażania i rozwijania”.
Wspólnota,  nie jest ostatecznym celem naszego bycia razem i jakimś docelowym dobrodziejstwem.. Wspólnota jest ze względu na Chrystusa i ze względu na możliwość ukonkretnienia w niej szczęścia Jego Miłości.
 
4. Dlatego – i to jest myśl trzecia – do przeżywania komunii uzdalnia rozpoznanie i uznanie Miłości Większej, która kochając mnie, kocha i ceni nasze razem, bardziej niż ja sam to potrafię. W ten sposób mocą tej miłości staję się zdolny to gestów przyjaźni i życzliwości, na których nie starcza mi sił własnych.
Pozwólcie na obrazek z mojego dzieciństwa. Może trochę naiwny, ale chyba pomocny, aby zilustrować to, co chcę powiedzieć.
  „W poniedziałek ty będziesz zmywał naczynia, a ty wycierał – rozkazywała mama braciszkowi Hubertowi i mnie oczywiście. Marysia, najmłodsza siostrzyczka będzie je chowała do kredensu. We wtorek, odmienicie się rolami, w środę znowu ty itd...” Bardzo mądrze. Demokratyczne zasady zgody bratersko-siostrzanej były jasno i sprawiedliwie określone, ideał komunii familijnej zadekretowany. Ileż razy mimo to mama musiała interweniować, studząc nasze wzajemne pretensje, które mimo wszystko wciskały się w ten doskonale zaprojektowany pakt o nieagresji – sam Pan Bóg raczy wiedzieć. Już to nam się wydawało niesprawiedliwe, że tydzień ma siedem dni, które nie dają się nijak podzielić na trzy i zawsze ktoś musiał być w danym tygodniu pokrzywdzony koniecznością trzykrotnego wycierania. Oj, jak nie lubiliśmy wycierania naczyń. „Ludziom ciągle śnią się systemy tak doskonałe - trafnie zauważył Eliot - żeby nie trzeba już było być dobrym” - a tak się nie da. Grzech pierworodny ze swymi skutkami potrafi się wcisnąć natychmiast w każdy regulamin pokojowego współżycia.
Na szczęście dom rodzinny podarował nam również (i o wiele bardziej) smak zupełnie innej zgody, innego pokoju, smak braterstwa. Jak się ono (dorwało do głosu) odezwało w duszy, tośmy sobie nawet gotowi byli wyrywać z rąk ręczniki do wycierania naczyń, żeby przyjemność wyświadczyć braciszkowi albo siostrzyczce.
Gdzie tkwił klucz do bramy tego pokoju? W miłości rodziców oczywiście! W kolejnych wydarzeniach, odsłonach rodzinnego życia miłość ta zaskakiwała nas, zdumiewała chyba najbardziej tym, że kochając każdego z nas z osobna, bez reszty, potrafiła kochać nas wszystkich razem, kochać nasze bycie razem.Tak iż po waśni i bitce „braterskiej” np jeden z nas dostawał baty od ojca (u nas mówiło się smary), za to że nabroił, a drugi za to, że na tamtego naskarżył. Kochali nasze "razem". Potem pierwszy wypłakiwał się na lewym kolanie mamy, a drugi na prawym. I od razu wiedzieliśmy, żeśmy braćmi dla siebie. Dość szybko spostrzegliśmy się, że nie można było rodzicom sprawić niczym większej radości jak naszą bratersko-siostrzaną zgodą. Ich miłość była zaczynem naszej miłości.
Otóż to! Z miłości Rodziców, z daru tej miłości, której miary były większe niż siła naszej braterskiej sympatii i sprawiedliwości, z miłości rodziców, którzy cenili, kochali naszą jedność, nasze „razem” bardziej niż potrafiliśmy my to sami, czerpaliśmy siłę, energię aby się znowu polubić, aby sobie przebaczyć, aby być dla siebie jak bracia. Dar darowanej nam miłości, czynił możliwe nasze pojednanie.Bez tej miłości chyba bylibyśmy gotowi się czasem pozabijać.
Dokładnie tak samo (choć w jakiejś nieskończenie szerszej perspektywie) jest z Miłością Boga podarowaną nam w Jezusie Chrystusie. Dar tej miłości nieskończenie miłosiernej, i nieskończenie powszechnej (katolickiej, nie wykluczającej nikogo), dar tej Miłości, o ile przeżywana jest osobiście jako skarb mojego serca, czyni mnie zdolnym do komunii (wcale nie sielankowej, ale jednak komunii) z ludźmi. Jeśli tak można powiedzieć: kocham ich nie mocą własnego serca, woli, upodobania, sympatii (zawsze na krótką metę) [pomyślcie jaką sympatię można mieć do zamachowca, który targnął się na moje życie], ale mocą zawierzenia, odwzajemnienia Miłości, którą sam zostałem pokochany, a która kocha również mojego, niesympatycznego bliźniego. Radykalnym potwierdzeniem takiej miłości jest miłość nieprzyjaciół. W klasztorze musi być miejsce na doświadczenie miłości nieprzyjaciół a nie tylko na sympatyczne przyjaźnie..
 
4. Ostatnia myśl, spośród wielu jeszcze, które muszą pozostać niewypowiedziane: najlepszym wychowawcą i prawdziwym autorytetem w szkole komunii jest świadek. Spotkanie świadka, odniesienie do świadka, porównanie swojego życia ze świadectwem kogoś, kto wyprzedza mnie o krok w wierze i przeżywaniu komunii,  powinno być szczególnie pielęgnowaną metodą w formacji zakonnej i budowaniu zakonnej wspólnoty.
 



Pliki cookie pomagają nam udostępniać nasze usługi. Korzystając z serwisu, zgadzasz się na użycie plików cookie.